„Najważniejsi są ludzie”. Marek i Lucyna Kapustkowie o biznesie, rodzinie i pomaganiu.


„Najważniejsi są ludzie”. Marek i Lucyna Kapustkowie o biznesie, rodzinie i pomaganiu.


Nie dostali gotowego biznesu ani łatwej drogi. Marek Kapustka zaczynał od niewielkiej działalności gospodarczej, Lucyna Kapustka przez lata budowała własny biznes w branży beauty. Dziś wspólnie rozwijają sieć restauracji McDonald’s na Podhalu i w okolicznych regionach, zatrudniają setki osób i angażują się w życie lokalnych społeczności. Są także członkami Tatrzańskiej Izby Gospodarczej. O sukcesie mówią jednak przede wszystkim przez pryzmat odpowiedzialności, pracy, uczciwości i ludzi, których spotkali po drodze.



Każde z Państwa miało swoją zawodową drogę i doświadczenie biznesowe. W którym momencie pojawiła się przestrzeń na to, by te dwa światy połączyć i zacząć budować firmę razem?


Lucyna Kapustka: Rodzina jest wielką siłą, także w biznesie. My przekonaliśmy się o tym wtedy, kiedy nasze osobne doświadczenia zawodowe zaczęły naturalnie się uzupełniać i prowadzić nas w stronę wspólnego działania. Dzieci nauczyły nas odpowiedzialności, dyscypliny i konsekwencji, a te cechy bardzo przydają się również w pracy. Każde z nas ma swoją rolę i wie, za co odpowiada. To ważne, żeby sobie wzajemnie ufać i nie wchodzić bez potrzeby w kompetencje drugiej osoby.

Marek Kapustka: Poznaliśmy się, kiedy każde z nas prowadziło własny biznes. Lucyna miała bardzo dobrze prosperującą firmę, była związana z branżą fryzjerską, miała sieć salonów, pracowała w telewizji i prasie. Później, kiedy pojawiły się dzieci, trzeba było część tych aktywności ograniczyć. To naturalne, że w pewnym momencie ktoś musi z czegoś zrezygnować.

L.K.: Ale to nie znaczy, że trzeba zrezygnować z siebie. Zawsze lubiłam pracować i kiedy dzieci dorosły, chciałam znowu się realizować. Zobaczyłam, że w obecnym biznesie mogę zrobić bardzo dużo. Zajmuję się między innymi wizerunkiem firmy, jej otoczeniem, sponsoringiem, działaniami PR i przede wszystkim działalnością społeczną.


Panie Marku - droga do McDonald’s również nie była oczywista.


M.K.: Po studiach spędziłem pięć lat w Niemczech. Wróciłem do Polski w 1990 roku, kiedy dopiero otwierały się możliwości prowadzenia prywatnego biznesu. Początki były trudne, bo rynek wyglądał zupełnie inaczej niż w Niemczech. Najpierw pracowałem u prywatnego przedsiębiorcy, żeby poznać polskie realia, a później zacząłem własną działalność - zajmowałem się importem różnych produktów z Niemiec, między innymi materiałów budowlanych.

Miałem jednak ambicję, żeby stworzyć większy biznes. Zobaczyłem ogłoszenie McDonald’s, firma szukała kandydatów na franczyzobiorców. Odpowiedziałem. Rekrutacja i szkolenie trwały około roku. Początkowo myślałem o Tarnowie, ale zaproponowano mi Zakopane. Tak zaczęła się moja przygoda z McDonald’s. Pierwszą restaurację otworzyłem na Krupówkach w 1995 roku.


To był duży skok - z małego biznesu do restauracji zatrudniającej kilkadziesiąt osób.


M.K.: Ogromny. Wcześniej zatrudniałem jedną osobę, a nagle miałem około 80 pracowników. Do tego Zakopane jest bardzo specyficznym rynkiem. Sezonowość powodowała ogromne różnice w sprzedaży. Pierwszy rok był szczególnie trudny, bo nie wiedziałem jeszcze, czego się spodziewać. Uczyłem się na własnych błędach.

Z czasem zaczęły pojawiać się kolejne restauracje. Dziś jesteśmy dużą firmą regionalną, zatrudniającą około 500 osób. I nadal się rozwijamy.


Co było najważniejsze, żeby przejść od małego przedsiębiorcy do dużej firmy?


M.K.: Cierpliwość, konsekwencja i dyscyplina finansowa. Podhale jest trudnym miejscem do prowadzenia biznesu, przede wszystkim ze względu na sezonowość. Są miesiące bardzo dobre i takie, w których trzeba po prostu przetrwać. Nie można wydać pieniędzy zarobionych latem, a potem zastanawiać się, co zrobić zimą.

Zawsze przygotowuję biznesplan. Nawet kiedy otwieram kolejną restaurację i wydaje mi się, że wiem już wszystko, i tak robię plan na trzy lata. Trzeba wiedzieć, co może się wydarzyć za rok, dwa czy trzy lata.


Czyli nie wierzy Pan w szybki sukces?


M.K.: Absolutnie nie. Jeśli ktoś chce prowadzić biznes, musi się przygotować na to, że przez pierwsze lata nie będzie łatwo. Trzeba być cierpliwym i wytrwałym. Jeśli po dwóch latach widać, że biznes się nie rozwija, trzeba umieć podjąć trudną decyzję - wycofać się albo zmienić model działania.

Nie można też patrzeć wyłącznie na konkurencję. Trzeba znaleźć własną przestrzeń. I trzeba znać się na tym, co się robi. Gastronomia może być dobrym biznesem, jeśli oferuje się dobry produkt, ma się pomysł i naprawdę dba o firmę.


W Państwa wypowiedziach bardzo często wraca słowo „odpowiedzialność”.


M.K.: Bo biznes to odpowiedzialność nie tylko za siebie. Jeśli zatrudniam 500 osób, to każdy z tych ludzi ma swoje życie, rodzinę, zobowiązania. Oni muszą dostać pensję każdego miesiąca. Dlatego nie można traktować biznesu jak zabawy.

Dla mnie najważniejsi są ludzie. Można mieć świetny produkt, ale bez ludzi nie da się zbudować firmy. Trzeba ich dobrze wyszkolić, dać im możliwość rozwoju i samemu wziąć za nich odpowiedzialność.

L.K.: I trzeba tych ludzi naprawdę widzieć. Każdy przychodzi do pracy ze swoimi problemami. Czasem wystarczy zapytać: „Czy wszystko w porządku?”. Czasem jedno dobre słowo bardzo dużo znaczy.


Zatrudniacie dużo młodych osób.


M.K.: Dla wielu z nich McDonald’s jest pierwszą pracą. I to też jest nasza odpowiedzialność. Uczymy ich punktualności, obowiązkowości, współpracy. Niektórzy przychodzili do nas tylko na wakacje, a po latach zostawali menedżerami. Mamy też osoby, które pracują z nami od kilkudziesięciu lat.

L.K.: Mamy również pracowników w wieku emerytalnym. Organizujemy dla naszej kadry różne wydarzenia, na przykład wyjścia do teatru. I kiedy ktoś później przychodzi i mówi: „Pani Lucyno, a może znowu zorganizujemy taki teatr jak ostatnio?”, to jest ogromnie miłe.


Dużo mówicie Państwo o ludziach. Widać to również w działalności społecznej.


L.K.: To jest dla nas bardzo ważne. Wspieramy działalność Fundacji Ronalda McDonalda, przede wszystkim programy związane ze zdrowiem dzieci. Pomagamy między innymi wyposażać oddziały pediatryczne w specjalne łóżka dla rodziców dzieci hospitalizowanych. Wspieramy też Domy Ronalda McDonalda, w których rodzice mogą mieszkać blisko swoich chorych dzieci.

To są miejsca niezwykle potrzebne. Rodzic może być przy dziecku przez cały czas, nawet przez wiele miesięcy. My pomagamy finansować ich funkcjonowanie.

M.K.: Jako franczyzobiorcy McDonald’s wspieramy fundację, ale prowadzimy również własne, lokalne działania.


I właśnie lokalność jest tutaj bardzo istotna.


L.K.: Zawsze powtarzamy: pomagajmy przede wszystkim najbliższym. Nie trzeba szukać bardzo daleko. Jeśli prowadzimy restauracje w konkretnych miejscowościach, to jesteśmy częścią tych społeczności. Dlatego wspieramy szkoły, strażaków, lokalne organizacje, osoby potrzebujące, domy pomocy i ośrodki dla osób z niepełnosprawnościami.

Jeśli ktoś potrzebuje pomocy w ogrzaniu domu, staramy się pomóc. Jeśli szkoła organizuje zawody czy konkurs i potrzebuje nagród, również staramy się wesprzeć takie inicjatywy.


Szczególnie bliska jest Państwu działalność na rzecz osób z niepełnosprawnościami.


L.K.: Tak. Wspieramy między innymi ośrodek PSONI w Jabłonce. Kiedy pierwszy raz tam weszłam, byłam ogromnie wzruszona. Zobaczyłam pracownie, w których powstają piękne rzeczy - rzeźby, obrazy, różne rękodzieła. Ale przede wszystkim zobaczyłam ludzi, którzy mają w sobie ogromne ciepło.

Uważam, że trzeba takie osoby włączać do społeczeństwa. Należy je poznawać, bo często dopiero wtedy widzimy, ile mają do zaoferowania.

M.K.: Sami zatrudniamy osoby z niepełnosprawnościami. Jedna z nich pracuje u nas od ponad 20 lat. Ma odpowiednio dobrane obowiązki, zarabia jak pozostali pracownicy i przede wszystkim czuje się potrzebna. To jest bardzo ważne.


Wspieracie też sport dziecięcy.


M.K.: Prawie 30 lat temu zaczęliśmy sponsorować McDonald’s Cup - zawody w skokach narciarskich dla dzieci. Przyjeżdżali młodzi zawodnicy z Polski, Słowenii, Niemiec czy Austrii. Startował w nich między innymi jako kilkuletni chłopiec Kamil Stoch. Działacze mówili wtedy, że ma ogromny talent. Później wszyscy zobaczyliśmy, jak potoczyła się jego kariera.

Sport jest dla nas ważny, bo daje młodym ludziom możliwość rozwoju, uczy dyscypliny i odpowiedzialności.


A działalność ekologiczna?


L.K.: Co roku angażujemy się również w akcje związane z ochroną środowiska, między innymi w „Czyste Tatry”. Organizujemy ekopatrole - pracownicy restauracji, ale również mieszkańcy i sąsiedzi, wspólnie sprzątają wybrane tereny. To kolejny przykład tego, że firma może być częścią lokalnej społeczności, a nie funkcjonować obok niej.


Działalność społeczna to bardzo szeroki obszar. Czy trudno zdecydować, komu pomóc?


L.K.: Potrzeb jest ogrom. Nie jesteśmy w stanie pomóc wszystkim. Dlatego staramy się działać tam, gdzie jesteśmy najbliżej i gdzie naprawdę widzimy konkretną potrzebę.

M.K.: I ważne jest, żeby nie robić tego dla rozgłosu. Po prostu pomagamy, bo uważamy, że tak należy.

Jesteśmy dzisiaj dużo bogatsi jako społeczeństwo niż 30 lat temu. Powinniśmy więc również więcej dawać od siebie. Nie każdemu w życiu się udało. Czasem ktoś miał trudniejszy start, czasem zabrakło mu szczęścia. Jeśli nam się udało, to naturalne, że chcemy podzielić się z innymi.


Wspominacie o odpowiedzialności. Czy to właśnie wartości wyniesione z domu są fundamentem Państwa biznesu?


L.K.: Zdecydowanie. Pochodzę z rodziny, w której było dziewięcioro dzieci. Nie dostaliśmy pieniędzy ani gotowego biznesu. Musieliśmy sami znaleźć swoją drogę. Ale dostałam od mamy coś znacznie ważniejszego - wartości.

M.K.: Ja również zaczynałem sam. Dlatego oboje wiemy, że można zbudować swoją drogę własną pracą. Były porażki, były trudne momenty. Ale trzeba się podnieść, otrzepać i iść dalej. Trzeba być odpowiedzialnym, lojalnym i uczciwym wobec ludzi.

To jest fundament, na którym stoimy do dziś.


Jedną z zasad, o których Pan mówi, jest uczciwość. Duże znaczenie miała dla Pana także współpraca z McDonald’s.


M.K.: Od początku ceniłem to, że jest to system oparty na jasnych zasadach. Dla mnie uczciwość jest podstawą. Zostałem tak wychowany, że nie potrafię funkcjonować inaczej.

Przez wiele lat byłem również przewodniczącym Rady Marketingowej McDonald’s. Byłem jednym z pierwszych franczyzobiorców w Polsce. Dzisiaj jest ich znacznie więcej, dlatego uznałem, że przyszedł czas, żeby skupić się przede wszystkim na własnym biznesie.


Jesteście Państwo również związani z Tatrzańską Izbą Gospodarczą. Co daje przedsiębiorcom taka współpraca?


M.K.: Uważam, że współpraca przedsiębiorców jest bardzo ważna. Kiedy przyjechałem do Zakopanego, zaangażowałem się w działalność na rzecz rozwoju Tatrzańskiej Izby Gospodarczej.

Najważniejsza jest informacja. Przedsiębiorca musi wiedzieć, co dzieje się na lokalnym rynku, jakie są możliwości, jakie zmiany nadchodzą. Ale równie ważny jest wspólny głos przedsiębiorców w rozmowie z samorządem i instytucjami.

Sam jeden przedsiębiorca niewiele może. Jeśli jednak za wspólnym stanowiskiem stoi kilkudziesięciu czy kilkuset przedsiębiorców, stajemy się partnerem do rozmowy.


Czyli konkurencja nie wyklucza współpracy?


M.K.: Wręcz przeciwnie. Możemy ze sobą konkurować, ale jednocześnie musimy współpracować. Wszyscy jedziemy tym samym autobusem. Jeśli całe Podhale jest atrakcyjne, wszyscy na tym korzystamy.

Jeżeli „ciasto” jest większe, każdy może dostać większy kawałek. Dlatego potrzebna jest wspólna promocja regionu, współpraca przedsiębiorców i samorządu oraz myślenie o Podhalu jako o całości.


A czego najbardziej potrzeba dziś Podhalu?


M.K.: Przede wszystkim planu rozwoju i infrastruktury. Potrzebne są dobre drogi, kolej, parkingi i rozwiązania, które ograniczą korki. Trzeba również uporządkować chaos przestrzenny i zadbać o rozwój bazy hotelowej na wysokim poziomie.

Zakopane powinno mocniej otworzyć się na nowych turystów i nowe rynki. Zmieniła się sytuacja geopolityczna, więc nie można opierać się wyłącznie na tych kierunkach, które działały kilkanaście lat temu.

Potrzebujemy też mocniejszej oferty zimowej. Jeśli chcemy, żeby ludzie przyjeżdżali tu zimą, musimy mieć im coś do zaoferowania.


A jak wygląda Państwa życie poza biznesem?


L.K.: Teraz mamy piękny czas. Jesteśmy małżeństwem od 26 lat, dzieci są już dorosłe i samodzielne. Dobrze sobie radzą, więc znowu mamy więcej czasu dla siebie.

M.K.: I wykorzystujemy go aktywnie. Razem jeździmy na rowerach, chodzimy po górach, uprawiamy skitouring, pływamy, chodzimy na siłownię, gramy w tenisa. Ostatnio zaczęliśmy też jeździć kamperem i spać “na dziko”.

L.K.: Wspólne aktywności bardzo nas zbliżają. I chyba pomagają również w biznesie.


Czy prowadzenie firmy razem z małżonkiem wymaga specjalnych zasad?


M.K.: Przede wszystkim trzeba wiedzieć, kiedy ustąpić. Mamy oboje niełatwe charaktery i ambicje, ale wiemy, że jeśli w jakiejś sprawie Lucyna jest mocniejsza, to zostawiam jej decyzję. Jeśli coś jest moją działką, ona doradza, ale daje mi wolną rękę.

L.K.: Tak samo w drugą stronę. Możemy mieć różne wizje, ale szybko znajdujemy rozwiązanie. Najważniejsze jest to, że sobie ufamy.


A dzieci? Czy widzicie je kiedyś w firmie?


L.K.: Mam nadzieję. Już pracowały w naszych restauracjach podczas wakacji.

M.K.: Od młodego wieku musiały pracować na swoje wakacyjne wydatki. Nie chodziło tylko o pieniądze. Chodziło o nauczenie ich życia - odpowiedzialności, samodzielności, tego, że trzeba umieć ugotować, posprzątać, zrobić zakupy i wykonać swoją pracę.

L.K.: Wychowanie dzieci było trudniejsze niż prowadzenie biznesu.

M.K.: Zdecydowanie. Biznes jest niczym w porównaniu z tym, żeby ukształtować człowieka.


Gdyby mieli Państwo przekazać jedną zasadę młodym ludziom, którzy dopiero zaczynają?


M.K.: Nie słuchajcie, że czegoś nie dacie rady zrobić. Dopóki sami nie spróbujecie, nie będziecie wiedzieć. Trzeba próbować. Jeśli nie uda się w jednym miejscu, może uda się w innym.

L.K.: I nie można się poddawać po pierwszej porażce.

M.K.: Trzeba być odpowiedzialnym, lojalnym, uczciwym i wytrwałym. A przede wszystkim trzeba wziąć życie w swoje ręce. Nie można całe życie obwiniać rodziców, dzieciństwa czy okoliczności.

L.K.: Należy też pamiętać, że nie każdy zaczyna z tego samego miejsca. Dlatego tym bardziej powinniśmy pomagać tym, którzy mieli trudniejszy start.


To chyba dobrze podsumowuje Państwa podejście - sukces nie jest końcem drogi, tylko zobowiązaniem?


M.K.: Tak. Nam się udało. Dzięki ciężkiej pracy, ale też dzięki ludziom, których spotkaliśmy, i wartościom, które wynieśliśmy z domu. Mamy zdrowie, rodzinę, firmę. To dużo.

L.K.: I dlatego chcemy się tym dzielić.

M.K.: Bo na końcu najważniejsi są ludzie.